poniedziałek, 11 grudnia 2017

Swagman Roll - Helikon-Tex

Czy można mieć jedną rzecz, która będzie robić za kurtkę, śpiwór, koc, underquita? Oczywiście, właśnie czymś takim jest Swagman roll, który nie dość, że jest podpinką do poncha, to jeszcze jest kurtką, śpiworem i kocem, którym można wyścielić podłogę w namiocie czy nakryć się w dwie osoby. Pytanie brzmi jednak czy jak coś jest do wszystkiego, to nie jest do niczego?



Zazwyczaj, gdy jedna rzecz ma pełnić ileś funkcji to jest do niczego. Na szczęście swagman sprawdza się dobrze w każdym z powierzonych mu zadań.

Ocieplina użyta w swagman rollu to climashedapex, czyli jedno z najlepszych, jeśli nie najlepsze wypełnienie syntetyczne, jakie jest na rynku. Dokładnie takiego samego Helikon użył w kurtce Wolfhound. Przy stosunkowo niskiej wadze zapewnia optymalne właściwości termiczne, nawet gdy jest kompletnie mokra! Co w warunkach walki o przetrwanie jest nieocenione.
Zamki w tym dziwnym stroju są YKK. Jeden od kieszeni na piersi do której zmieścimy sporo szpeju, drugi biegnący przez całość, dzięki któremu możemy swagmana zamienić w swagśpiworek ;)

Materiał zewnętrzny to nylon i tu są jego zalety i wady. Nylon jest lekki i szybko schnie, co nie jest bez znaczenia, ale też lubi iskry. Z doświadczenia z tym materiałem na wspomnianym już Wolfhoundzie czy też na Windrunerze przewiduję pojawienie się jakichś dziurek, chociaż na razie swagman dzielnie się im opiera - może został czymś pokryty? Nie wiem, na razie dziur nie widać, ale stawiam, że wcześniej czy później się pojawią. Sam nylon jest dość mocny i mimo zahaczania o gałązki itd. nie rozdarł się, więc można przyjąć, że swagman jest mocny i wytrzymały.

Wymiary 145x200 cm zapewniają całkiem spory kocyk lub wygodny śpiwór, gdzie nie za ciasno, ale i bez zbędnej przestrzeni wygodnie można spać.

Do wyboru jest w 2 kolorach: coyot i camogrom. Ja nie przepadam za kamuflażami wojskowymi, ale tym razem wybrałem camogrom z kilku powodów. Po pierwsze był wcześniej dostępny, nie ma to jak być w gorącej wodzie kąpanym, ale przede wszystkim dzięki workowatym kształtom, ciapkom na materiale uzyskujemy fajny maskałat, który świetnie sprawdza się przy fotografii przyrodniczej. No i jeśli nas zwierz nie zobaczy, to i może leśniczemu w oko nie wpadniemy ;)


Obawiałem się jak to będzie w tym chodzić. Niepotrzebnie, z początku faktycznie ciężko przyzwyczaić się do workowatego stroju, ale po pewnym czasie człowiek docenia tę "kurtę". Dzięki paskom z klamrami możemy dość dobrze pozapinać się i wyregulować swagmana tak, że naprawdę dobrze leży, nic nie podwiewa i nie lata. Prawie rewia mody ;)


Co ciekawe swgman roll jest całkiem wygodny nawet podczas chodzenia z plecakiem, jak pomachamy rękami i wszystko się ułoży, to mamy naprawdę wygodną i sprawdzającą się ocieplinę.

Jako śpiwór też jest fajny, ale trzeba pamiętać, że to typowo letni śpiworek lub wkładka do innego cienkiego, by zrobić sobie zimowy.
Podpinki pod hamak nie sprawdzałem, ale stawiam, że zrobi robotę tak samo jako podpinka do poncha.
Warto zwrócić uwagę, iż swagman roll jest pokryty powłoką dwr, dzięki czemu lekka mżawka, śnieg itd. nie przemaczają go od razu.


A czy to ustrojstwo ma jakąś wadę? Zawsze coś się znajdzie, i nie jest wadą w tym przypadku cena. Bo 399 zł za kurtkę, podpinkę, śpiwór, koc, wkładkę do śpiwora, maskałat i wiele innych to nie jest dużo. Niemało, ale według mnie cena adekwatna do wykonania, jakości, materiałów i funkcjonalności. Wadą niestety jest spory gabaryt, bo swagman zajmuje tyle miejsca co letni śpiwór, i o tyle, o ile latem to nie problem, bo bierzemy go zamiast śpiwora, to zimą dodatkowy duży tobół w plecaku. Ale jeśli mamy go na sobie i używamy/zabieramy jako podstawowe docieplenie na biwaku i postoju, to nie jest tak źle. Rozwiązaniem tego problemu byłoby dodanie w zestawie kompresyjnego pokrowca. Swagman roll  waży +/- 800 g, więc nawet do przeżycia.



Na koniec wisienka, skąd ta nazwa? Swagman to z australijskiego "wędrowny pracownik", czyli taki włóczykij co się pracy nie bał, można powiedzieć kowboj, myśliwy na zamówienie, który głównie wędrował na własnych nogach. Chcesz być jak SWAGman? Jeśli tak, to swagman roll to coś dla ciebie ;)

Spostrzeżenie Foki: na małych ludkach musi być pospinany. Luźny sięga prawie do kostek i nie będzie już taki wygodny. Bycie SWAG nie dla małych ludków :P

piątek, 8 grudnia 2017

Kurtka Carhartt Rockford

Czy kurtka w busz odporna na wiatr, deszcz, śnieg, lekka i jednocześnie mocna może być tania i spełniać w 110% swoje zadanie? Owszem, taką kurtką jest Rockford Carhartta, jak na tę firmę to kurtka jest w niezwykle przyzwoitej cenie, bo 259 zł to naprawdę nieźle. Na rynku ciężko jest znaleźć produkt o podobnej jakości w takiej cenie.


Jednak trzeba przyznać, że wyglądem to ona nie powala, nieco przypomina kurtkę grzybiarza albo jagodziarza, zwykły ortalion z bazaru. Kurtka menelka, ale ma coś w sobie, prosty, spartański design po pewnym czasie przypada do gustu ;)
To tylko kwestia gustu, a o gustach się nie rozmawia. Carhartt stworzył genialną kurtkę z super technologią Rain Defender, dzięki której jest wodoodporna, nie ma membrany, a oddycha świetnie. No jakiś kosmos!! Dwa dni działania praktycznie non stop w deszczu i fakt, najpierw woda się perliła, z czasem kurtka namokła, ale nie przeciekła, a do tego miała naprawdę przyzwoitą oddychalność. Nie jest to gore, ale i tak robi robotę.
Materiał z którego wykonany jest Rockford to 100% nylon typu oxford, dzięki czemu mamy lekką i małą po spakowaniu kurtkę, która na luzie wytrzymuje przedzieranie się przez krzaki. Szczerze, mocno się zdziwiłem jak zobaczyłem co ona wytrzymuje. Mimo iż kurtka jest cienka, to ze spokojem wytrzyma cioranie w lesie i mieście. I co ważne, nawet ciężki plecak nie stanowi tu problemu dla wytrzymałości materiału i wodoodporności.

Komfort noszenia jest wysoki z kilku powodów. Po pierwsze, wynika z niezłej oddychalności o której już wspominałem, nawet na rowerze nie jest najgorzej, gdyby były wywietrzniki pod pachami to już całkowita bomba!!! Wygodny krój, który pozwala na pełną swobodę ruchów, wysoki kołnierz, który świetnie zabezpiecza przed utratą ciepła i złą pogodą oraz wygodny kaptur, który wprawdzie mógłby być jednak usztywniony i większy, dzięki czemu Rockford uzyskałby charakteru technicznej kurtki.
Do dyspozycji mamy 4 kieszenie zewnętrzne. Dwie na piersiach, płaskie, zapinane na napy. Idealnie sprawdzają się do przenoszenia dekielka od obiektywu oraz innych płaskich i dość małych przedmiotów.
Mamy też dwie klasyczne kieszenie na pasie w których bez problemu skitramy dłonie w niepogodę, zmieścimy rękawiczki, chusteczki czy inne pierdoły. Niestety są zapinane jedynie na napy, przez co łatwo można coś zgubić. A wystarczyłoby wszyć zamek :(
We wnętrzu mamy jedną kieszeń zapinaną na rzepa. Kieszonka idealna na telefon, portfel itp. Ale też fajnie sprawdza się do przenoszenia małego aparatu lub kamery.


Warto wspomnieć, że Carhartt Rockford poza świetnymi materiałami wykorzystanymi do produkcji jest też bardzo, ale to bardzo dobrze wykonany, wszelkie szwy starannie zrobione. Kurtkę użytkuję od dłuższego czasu, praktycznie codziennie. W mieście, w lesie, w górach i wszędzie sprawdza się znakomicie. Świetnie chroni przed deszczem, gradem, wiatrem, znosi brudzenie, szarpanie, po prostu świetna kurtka w dobrej cenie. Naprawdę z czystym sumieniem mogę polecić ;)


niedziela, 3 grudnia 2017

Masyw Śnieżnika i kozice (a właściwie ich brak).

Pierwsze podrygi zimy, wolny weekend, ładna pogoda - przynajmniej według prognoz - nic innego jak ruszyć na szlak. Pytanie, gdzie? Były różne propozycje, począwszy od Izer, poprzez Góry Złote, Bystrzyckie, ale ostatecznie padło na Masyw Śnieżnika, a konkretniej szczyt Średniak. Na Średniaku występują kozice, te same co w Tatrach. Przywędrowały z Czech w latach 70. i co ciekawe osiedliły się właśnie na Średniaku i niezbyt chętnie przemieszczają się gdzieś indziej. Zdobyły swoją górę i jej pilnują. Populacja szacowana jest na +/- 30 osobników, więc ani mało, ani dużo, szanse na spotkanie jakieś tam są ;)


Z takimi informacjami ochoczo jedziemy na fotołowy. Przyjeżdżamy wcześnie rano do Międzygórza i w błocie oraz pojedynczych kupkach śniegu ruszamy czerwonym szlakiem. Po drodze mamy okazję podziwiać piękne krajobrazy, wędrujemy dalej, aż docieramy do tablicy informacyjnej. Tu odbijamy ścieżką w bok i wędrując w coraz większym śniegu, przy pięknych widokach, obchodzimy Średniak.


Rozglądając się za kozicami, maszerujemy dalej, aż docieramy do bardzo stromego podejścia. Oblodzony stok, niestabilny śnieg, miejscami błoto, nie pozostaje nic jak przeć na przód z nadzieją, że jakaś kozica czeka na szczycie. Niestety mieliśmy okazję zobaczyć jedynie ich tropy i kupy. Na szczycie śniegu sporo, tropy tylko jelenia i pogarszająca się pogoda. Koniec widoków, silny wiatr, chmury, mgła i lekki opad deszczu. Kozic nie zaobserwowaliśmy, nawet tropów nie było, więc mozolnie w śniegu brniemy dalej.


Po kilku kilometrach docieramy do schroniska, ciepła herbatka, parszywa kiełba i dalej w trasę, już na kozice nie liczymy, ale ilość tropów jeleni nastraja optymistycznie. Wędrujemy najpierw niebieskim, by po pewnym czasie brodzenia w śnieżnej brei odbić w leśną drogę, która jeszcze była pokryta dziewiczym śniegiem. Przecieramy szlak i w ładnym, równym, i co ważne osłoniętym od wiatru i mżawko-śniegu miejscu postanawiamy przygotować obozowisko.
Rozwieszamy tarpa (thermotarpa, który jest jedną wielką porażką, ale o tym w filmiku), zbieramy opał i odpoczywamy. Zimowe biwaki cechują się tym, że większość czasu spędza się już po ciemku, więc drewna trzeba sporo przygotować - najlepiej 2-3x więcej niż nam się wydaje, że wystarczy ;)


Noc była całkiem przyjemna, przestało padać, temperatura spadła w okolice -10*C, a nad ranem przyjemne i rześkie -3-4*C. Koło północy jakieś stwory łaziły w pobliżu obozowiska, niestety nic nam się nie pokazało, jedynie słyszeliśmy ich obecność.
Rozpaliliśmy ognisko, opierdzieliliśmy śniadanko i w drogę - niestety już do cywilizacji.


Po kilkudziesięciu metrach docieramy dosłownie do zamrażarki, nagły przeskok temperatury, z rześkich -3 zrobiło się poniżej -10! Jednak po kilku kolejnych metrach zrobiło się już cieplej i w miarę schodzenia śnieg zamieniał się w błoto, które towarzyszyło nam już do samego końca. Nie schodziliśmy szlakiem, tylko przecinką w lesie, która na mapie wyglądała jak droga. Im dalej nią szliśmy tym było ciekawiej. Błoto, kamienie, krzaki, aż trafiliśmy na strumień, który nie dość, że kilka razy musieliśmy przejść, to momentami wędrowaliśmy jego korytem. Po przeprawie przez dziką dzicz docieramy do względnie dobrej drogi z której już widzimy parking i nasz buszmobil. Tak kończy się fotowyprawa na kozice. Wprawdzie kozic nie było, ale i tak było fajnie :)

A filmik już niedługo ;)




wtorek, 28 listopada 2017

Latarka Armytek Elf C2

Światłość! I stała się światłość! Odkąd używam latarek Armyteka, to dosłownie nie wiem co to ciemność. Czy to w mieście, czy w buszu zawsze mam prywatne słońce w kieszeni. Jakiś czas temu opisywałem WIZARDA, a dziś przyszedł czas na nieco słabszego ELFA C2. Święta zbliżają się wielkimi krokami, więc w sam raz zapoznać się z elfem ;)


Czołówka przeznaczona jest zarówno do użytku w terenie, jak i w mieście, i w każdym z tych środowisk sprawdza się wyśmienicie. Płynna regulacja mocy światła pozwala na oświetlenie każdego ciemnego zaułka, a jeśli nie potrzebna nam latarnia, minimalna moc i doświetlimy tylko najpotrzebniejsze rzeczy tuż przed nosem ;)

Elf wyposażony jest w akumulator 3200 mAh, który na pełnej mocy (900 lm) wytrzymuje 2h, a w najsłabszym trybie (0,4 lm) aż 200 dni! 0,4 lumena, jak sam producent podaje, to tryb świetlik i faktycznie to jest świetlik po przejściach. Ale zawsze coś tam da, jakbyśmy musieli siedzieć w metrze czy kopalni przez prawie rok ;)
Co fajne, latarka ma wbudowaną ładowarkę micro USB, dzięki czemu bezproblemowo możemy elfa podładować z panelu solarnego, powerbanka itd. A co jeszcze lepsze, może działać niezależnie poprzez ten port. Czyli wywalamy akumulator, podłączamy do gniazdka, powerbanka, dynama itd. i możemy cieszyć się niezłym światełkiem ;)
Pod względem wydajności, wytrzymałości i użyteczności energetycznej jest petarda jakich mało.


Poza tym ma szereg innych zalet. Mianowicie wytrzymałość. Elf jest odporny na zanurzanie do 10 metrów, więc można z nim pływać, wytrzymuje upadki, rzucanie, zamarzanie. Ta latarka jest pancerna, wytrzyma dosłownie każde warunki. Co ciekawe, nawet farba, którą jest pokryta świetnie się trzyma i jest dość odporna na zarysowania. Korpus z aluminium lotniczego sprawia, że nie dość, że jest pancerna, to jest też dość lekka - oczywiście bez akumulatora, który niestety musi nieco ważyć.

Latarki armytek sprawiają, że można mieć swoją własną podręczną latarnię i tak też Elf C2 oświetli nam wszystko nawet w odległości +/- 110m! Ponadto strumień światła ma 70*, a poświata oświetla nam wsio w promieniu 120*. Dzięki temu elf świetnie się sprawdza podczas jazdy na rowerze lub szybkiego przemieszczania, gdzie dosłownie wszystko musimy dobrze widzieć.

Na wielki plus, zwłaszcza przy użytkowaniu w EDC, jest magnes umieszczony w zakrętce, dzięki któremu możemy doczepić Elfa do samochodu czy innego metalowego przedmiotu w celu oświetlenia sobie miejsca pracy lub np. kadru. Ta czołówka, dzięki przyjemnej barwie światła fajnie się sprawdza jako doświetlenie kadru przy fotografii nocnej lub podczas złych warunków oświetleniowych.

Ponadto mamy tu wygodny system pasków, który sprawia, że czołówka siedzi pewnie i stabilnie na głowie nawet podczas biegania. Co ważne, latarkę możemy szybko wypiąć z uprzęży i używać jako zwykłą ręczną.
Dzięki mocowaniu latarkę wygodnie możemy ustawiać pod dowolnym kątem - od oświetlenia ziemi pod stopami po strumień światła skierowany w nieboskłon.



Podsumowując, czołówka Armytek Elf C2 jest naprawdę godna uwagi. Świetne wykonanie, super moc, wytrzymałość, wydajność, zabezpieczenie przed przegrzaniem (a przy takiej mocy nietrudno o przegrzanie) i wskaźnik naładowania baterii. A to wszystko w nawet nie najgorszej cenie, bo 250 zł. Za latarkę o takich parametrach jest naprawdę spoko.





poniedziałek, 27 listopada 2017

Fotorelacja z wypadu na kozice w Masyw Śnieżnika

Trochę fotek z wypadu w Masyw Śnieżnika gdzie naszym celem były kozice. Niestety nie udało nam się złapać żadnej ale i tak wypad można uznać za udany. Więc łapcie foty a obszerniejsza relacja i filmik już niedługo ;)