niedziela, 15 października 2017

Walka jeleni.

Każdy leśny ludek wie co to rykowisko, wielu miało okazje je usłyszeć na żywo, ale niewielu miało okazję oglądać ten spektakularny pokaz, który natura serwuje nam każdej jesieni. My do dziś też tylko słyszeliśmy lub widzieliśmy jedynie odginające się drzewka i krzaki, nie było nam dane oglądać bezpośredniego starcia dwóch byków walczących o względy dam.
Dwa tygodnie temu specjalnie na rykowisko pojechaliśmy w Izery i żadnego jelenia nie widzieliśmy, nawet niespecjalnie ryczały. Coś tam pobekiwały, ale jak na izerskie rykowisko to była straszna stypa. Wtedy zgodnie uznaliśmy, że się spóźniliśmy i już jest po rykowisku. Ale dziś, przy okazji zwyczajnego weekendowego wypadu w las z aparatem, natura miło nas zaskoczyła. Okazało się, że jednak rykowisko trwa i to jeszcze jak!!!

Najpierw stadko danieli, a po kilku minutach naszym oczom ukazały się łanie. Cali happy chwyciliśmy za aparaty, aż tu nagle dorodny ryk jelenia, po chwili odezwał się inny. Nieźle zaskoczeni czekaliśmy na rozwój sytuacji. Ryków coraz więcej, trzaski gałęzi, uderzenia poroży, dyszenie i coraz głośniejszy pojedynek. Bitwa trwa na 102. Myślimy sobie super tylko czemu do cholery w krzakach walczycie zamiast nam tu na polane wyjść? Po chwili widzimy dwa całkiem dorodne i piękne byki wlatujące w zwarciu na łąkę przed nami. Kilka dobrych minut przepychają się, to jeden, to drugi ma przewagę, na zmianę wyprowadzają sobie ciosy, aż tu nagle bum, koniec. Jeden odpuścił, po prostu wyrwał się z kleszczy splątanych koron i odbiegł w las. Zapewne myśląc sobie tego kwiatu to pół lasu ;)
Zwycięzca dumnie jeszcze kawałek pogonił przegranego, by po chwili wrócić do swojego haremu. Widać było, że nieco zmęczyła go ta batalia, ale co zrobić, taki jesienny żywot jeleni ;) Porykiwał jeszcze chwilę, aż ucichł na dobre, oddalając się ze swoimi nałożnicami w głąb lasu.
Jeszcze kilka razy natknęliśmy się na daniele, i po kilku kilometrach wróciliśmy do auta.

Widok rykowiska nieziemski! Najważniejsze, udało nam się uwiecznić to wszystko na kartach pamięci w postaci zdjęć i filmów. Dziś łapcie fotki, a na filmik musicie chwile poczekać ;)





czwartek, 12 października 2017

Membrana - niezbędna czy marketingowy bajer?

Dziś kontrowersyjnie i z grubej rury, bo słów kilka o membranach. W środowisku outdoorowym panuje przekonanie, jak buty to goretex, jak ciuch to jeśli nie gtx to inna membrana. Przy niektórych aktywnościach i w niektórych środowiskach membrana jest niezastąpiona, bo jazda na rowerze w ulewie bez membrany to średnia sprawa, tak samo wspinaczka w deszczu itd.
Wyjaśnijmy pojęcie membrany. Jest to specjalny materiał, który niektóre cząsteczki przepuszcza,
a dla innych stanowi barierę nie do pokonania.
W przypadku odzieży i butów turystycznych rozróżniamy dwa parametry: oddychalność i wodoodporność.  Oddychalność mówi o ilościach cząsteczek potu/wilgoci, które kurtka odprowadzi na zewnątrz (pamiętajmy, że żadna membrana nie będzie oddychać szybko i wygodnie przy dużej aktywności - dlatego bardzo ważne są wywietrzniki pod pachami, ale o tym może kiedy indziej). Wodoodporność to główny parametr, dzięki któremu pozostajemy odizolowani od deszczu i innych złych warunków pogodowych. Optymalnym parametrem jest 10 000/10 000, pozwalają one na dobrą wodoodporność i nienajgorszą oddychalność. Oczywiście są też membrany, jak np. gtx, gdzie mamy 27 000/27 000, zdarzają się też jeszcze wyższe parametry, ale tu i cena rośnie bardzo mocno.

Oddychalność jest ograniczona, człowiek się poci przy wyższych temperaturach lub większej aktywności, w efekcie czego i tak jesteśmy mokrzy, dlatego ja jestem przeciwnikiem membran. Mam kilka kurtek z membraną i używam okazjonalnie, częściej stosuję kurtki impregnowane, lżejsze, lepiej oddychające i co ważne ich wodoodporność zależy od  nasączenia  impregnatem lub woskiem. Nie ma ryzyka uszkodzenia membrany podczas prania czy przedzierania się przez dzicz. Wystarczy taki materiał zaimpregnować np. kostką wosku i mamy wodoodporną kurtkę. Osobiście wolę nawet przemoknąć od deszczu niż od potu ;) A jeśli warunki są skrajne, to i tak jedyne co nas uchroni przed przemoczeniem to guma, dlatego ja stawiam zazwyczaj na poncho ;)


Powyżej macie zdjęcie przykładowej kurtki materiałowej ze stajni Pinewooda, która przy odpowiedniej impregnacji nie ustępuje wodoodporności membranom.

Oczywiście nieco upierdliwe jest wprasowywać wosk, a im więcej go damy, tym gorsza oddychalność. Ale przy spoko cenie mamy kurtkę na wieki, którą możemy dostosować do swoich potrzeb. Mniej wosku  - lepiej oddycha, więcej wosku - 100% wodoodporności, ale z gorszą oddychalnością.
Tak samo sprawa ma się ze spodniami. Czy polecam kurtki i spodnie z membraną? I tak, i nie. To jest bardzo indywidualna sprawa, którą każdy powinien sam przemyśleć, ja osobiście wolę poruszać się po buszu bez takich wynalazków. Ale co z butami? Czy w butach musi być ten sławetny Gore-Tex czy też inna membrana?
O tuż tu moja postawa jest jednoznaczna NIE! Preferuję buty ze skóry, całe z gładkiej skóry, czy to trekkingi, czy wojskowe wolę samą skórę. Jakakolwiek membrana + skóra + wyściółka sprawia, że człowiek się poci, a oddychalność jest znikoma. Dobry but skórzany wystarczy natłuszczać/pastować i dosłownie mamy kalosz.


Membrana w przypadku butów ma jedynie sens, gdy mamy do czynienia z lekkim butem ze sztucznych materiałów, siatek, tworzyw itd. i przy butach z zamszu, jednak i tak wodoodporność można uzyskać używając impregnatu - ja tak robię z butami pustynnymi i nie ciekną przy chodzeniu po kałużach ;)
Jeszcze taka ciekawostka, miałem wiele butów z membraną i po kilku latach ciekły, a przy dłuższym marszu w mokrej trawie membrana brała wodę jak szmata, natomiast sama nawoskowana skóra trzymała i trzyma wyśmienicie ;)

Czy warto przepłacać za membranę, która i tak po kilku latach zaczyna puszczać, jest delikatna i musi być odpowiednio prana? Według mnie do użytkowania bushcraftowego nie, do użytku
w sporcie, na rowerze czy w mieście już czemu nie. Jednak jak bushcraft to klasyka, czyli skóra
i impregnowany brezent daje nam niezniszczalny sprzęt, który co ważne nie szeleści, dzięki czemu lepiej sprawdza się przy podchodzeniu zwierzyny itd. Wiele razy zastanawiałem się czy membrana jest niezbędna, czy może to bardziej marketing. Po wielu latach używania różnego sprzętu, obracania się w branży itd. dochodzę do wniosku, że głównie robi tu robotę marketing, chociaż membrana ma też swoje plusy.

niedziela, 8 października 2017

MonkSandals Manasul

Każdy wędrowiec wie co to zmęczone stopy. Cały dzień w trepach, ileś tysięcy kroków, ileś kilogramów w nogach to wszystko powoduje, że stopy bolą i ciążą. Dlatego w schronisku i w obozie warto zastąpić trekkingi czymś lekkim a zarazem czymś bezpiecznym - coby se palucha nie uszkodzić. Świetnym, wręcz genialnym rozwiązaniem na takie obuwie są sandały Manasul do Monk Sandals. Niezwykle lekkie, bo rozmiar 42 waży zaledwie 180g!!! Tak, tak buty ważą tyle co dwie czekolady, a nawet mniej. A nie jest to jakiś zwykły klapek z bazaru a pełnoprawny sandał do chodzenia nie tylko po obozie i schronisku, ale też po mieście, lesie czy nawet lekkich szlakach w górach (jednak pamiętajmy, że trekkingowy but to trekkingowy but). Manasul mają wiele zalet ale jedną wielką ponad  innymi sandałami ze sklepów turystycznych. Mianowicie pakowność!!! Zajmują niezwykle mało miejsca, para włożona do specjalnego woreczka zajmuje 2 cm na grubość!!! Czyli tyle co nic, można je wsadzić w kieszeń, czy do komory głównej w plecaku nie tracąc praktycznie miejsca. Manasul to idealna opcja jako obuwie biwakowe i dodatkowe w podróży.


Kolejną zaletą jest podeszwa, 10 mm Vibram o gładkim bieżniku który sprawia, że mamy niezwykły komfort chodzenia, dosłownie można poczuć się jakbyśmy wędrowali boso. Mieć kontakt z naturą. Podeszwa jest nie za sztywna ale, nie za miękka i niezwykle elastyczna i wygodna. Sama mieszanka gumy w tym Vibramie zapewnia nam niezwykłą przyczepność, dzięki czemu sandały świetnie sprawdzają się przy przechodzeniu strumyków, lub jako obuwie pod prysznic w hotelach - coby pasażera na gapę nie złapać ;)

Paski przechodzą bezpośrednio przez podeszwę, co zapewnia jeszcze większą naturalność chodu i dopasowanie do stopy.

Z początku mieliśmy małe obawy, że taki pasek szybko się przetrze, ale jak na razie poza lekkim przybrudzeniem śladów uszkodzenia, czy nawet zmęczenia materiału brak.A używane są zarówno  jako biwakowe i jako prysznicowe, ale i  na spacerach, na rowerze i w mieście. Taśmy zapinamy na klamrę made in usa od Nexusa który produkuje tego typu zapięcia już o 25 lat!! Klasa i jakość sama w sobie. Sandały sprawdzają się w prawie każdym z wyżej wymienionych zadań.
Prawie bo na rowerze średnio się w nich jeździ. Stopa boli bo jedziemy jakby boso, a w razie przewrotki....
Lepiej sobie nie wyobrażać co z naszymi palcami się stanie. Ale w mieście, w obozie, na kajaku, spacerze itd. robią super robotę.


Czy mają wady? Same w sobie nie, jedyną "wadą" jest specyficzna rozmiarówka, trzeba ze strony producenta pobrać szablon, wydrukować go i przymierzyć czy będzie dobrze. My chyba z 4 rozmiary przerobiliśmy zanim dobraliśmy  właściwe:P Nie jest to wada, ale pewna upierdliwość ;) Sama regulacja jest płynna a paski trzymają dobrze, jedynie kilka pierwszych użyć skutkuje częstym poprawianiem taśm tak by w końcu znaleźć idealny układ, który nie uwiera a dobrze trzyma.

Komfort chodzenia jest gigantyczny, przynajmniej dla mnie. Wygodny lekki i naturalny krok, czucie nierówności przy jednoczesnym zabezpieczeniu stopy przed  złymi szyszkami. Do tego świetna przyczepność i wygodne paski. Oczywiście czujemy kamienie, patyki, i wspomniane już szatańskie szyszki!!!!!  Ale nie doskwierają nam one jakoś zbytnio. Przynajmniej nie tak jakby iść boso ;) Manasul to but idealny na odpoczęcie po całym dniu.


Podsumowując. Manasul od Monk Sandals to zarąbiste sandały dla każdego aktywnego człowieka który ceni jakość, niską wagę. A gdy dodamy do tego materiały z najwyższej  półki, spoko cenę (150zł) i to, że jest to produkt MADE IN POLSZA to nic tylko zamawiać. Oczywiście nie każdemu one muszą podejść ale dla nas są genialne!!! Z czystym sumieniem możemy polecić!! A i jest sporo kolorów do wyboru ;)

poniedziałek, 2 października 2017

Jeleni nie było, ale i tak było zajebiście - relacja.

Wrzesień, a właściwie jego końcówka to także końcówka rykowiska. W celu podejrzenia byków walczących o względy łań wybraliśmy się w Izery. Tak jak co rok o tej porze jelenie ryczą cały dzień i noc, tak tym razem cisza. Wchodzimy w góry, zdobywamy wysokość, a tu nic nie słychać, a nawet tropów mało lub całkowicie brak. Idziemy dalej, mały postój przy źródełku Adamsa - po co nieść wodę od samego początku skoro można po drodze nabrać ;) Po kilku kilometrach docieramy do Chatki Górzystów, gdzie robimy popas.


Jajeczniczka na boczku, naleśnik znany na całą Polskę i herbata z cytryną dają nam powera do dalszego działania. Kawałek wędrujemy szlakiem, by po chwili odbić w las. Dalej idziemy już na przełaj, mijamy kolejne strumienie, bagienka. Kupska jeleni są, tropy też, ale nic nie ryczy. Nawet nie czuć tego specyficznego jeleniego odoru. Normalnie o tej porze człowiek nie wie w którą stronę nasłuchiwać, takie ryki są, a tym razem kompletnie nic. Niezrażeni wędrujemy dalej, aż docieramy do planowanego miejsca biwaku. Rozwieszamy hamak od Bushmena, rozkładamy norkę, bivi i rozpalamy ognisko. Biwak na 102 ;)


A przy okazji zaczynamy świętować nadchodzące urodziny Buszfoki ;) Tortu bym nie doniósł, ale muffinki i świeczki były ;)

Siedząc do wieczora i chodząc już na lekko w okolicach obozowiska zero ryków, zero jakichkolwiek śladów na obecność jeleni. Nieco zawiedzeni, ale i tak w dobrych humorach kładziemy się spać. Ania testuje hamak, a ja z tatkiem lądujemy na glebie. W nocy jelenie się rozruszały, ale zdjęć ani ujęć byśmy w ciemnościach i tak nie zrobili :(


Rankiem wychodzimy ze śpiworów na rześkie jesienne powietrze (były ok. 2* w nocy) i ruszamy w drogę.
Przedzieramy się przez torfowiska, ale niestety poza bobkami i sporadycznymi tropami nie ma żadnych jeleni.


Docieramy do szlaku i już nim wędrujemy w stronę Świeradowa. Piękna jesienna aura towarzyszy nam przez całą trasę. Żółtym szlakiem docieramy do wiaty nad Kozim Potokiem, gdzie robimy mały popas, do zielonej budki docieramy drogą gruntową, a od niej już prosto na łeb na szyję schodzimy niebieskim do Świeradowa. Tak kończy się nasza tegoroczna weekendowa jeleniada w Izerach. Nigdy tak słabego roku w jelenie nie mieliśmy, a w Izery jeździmy od lat. Czemu taki słaby rok? Nie wiadomo. Możliwe, że polowania przepłoszyły jelenie, możliwe też, że to już po prostu koniec rykowiska albo maraton rowerowy Bieg Piastów i multum turystów sprawiły, że jelenie wstydziły się zalotów przed publiką ;)


Najważniejsze, że pogoda dopisała, a tak pięknej jesieni w Izerach to nie pamiętamy ;)

czwartek, 28 września 2017

wtorek, 26 września 2017

Namiot Fjord Nansen Tromvik II

Namiot, nasz dom, kuchnia, salon, sypialnia, warsztat itd. Jak znaleźć namiot idealny? Taki, by był komfortowy, wygodny, bezpieczny i co tam jeszcze trzeba. Ciężko tak od razu trafić na ten jedyny, trzeba przerobić dziesiątki namiotów. My od jakiegoś czasu mamy przyjemność używania namiotu Tromvik II, który przekazał nam Fjord Nansen na wyprawę Z NURTEM WISŁY.


Namiot, który nas zaskakiwał nie raz, używany już kilkadziesiąt noclegów, nie tylko na wypadzie rowerowym, ale i w górach, więc możemy co nieco o nim powiedzieć. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że to cholernie drogi namiot, bo dwuosobowy kosztuje aż 1500 zł, ale biorąc pod uwagę, że to nasz dom, a domy kosztują w setkach tysięcy, to nie jest najgorzej ;)

Specyfika Tromvika jest wręcz cudowna, niska waga, bo dwuosobowy to niecałe 2 kg, przy wielkich wymiarach, gdyż sypialnia jest przestronna jak namioty Kadafiego. Wymiary: 205 cm długi -pozwala mi się wyciągnąć (mam 190 cm), szeroki na 120 cm pozwala wygodnie spać w 2 osoby z całym bagażem w środku. Wysokość 100 cm pozwala wygodnie operować w środku. Należy wspomnieć, że kształt jaki ma Tromvik sprawia, że na całości jest dość wysoki, nie ma stromych spadków, dzięki czemu w bazie czy na biwaku w razie niepogody wygodnie można w środku żyć, czytać, naprawiać coś czy nawet grać w karty. W razie potrzeby na siedząco komfortowo zmieszczą się 4 osoby, a z 6 na sardynkę. Przy codziennym użytkowaniu nie czujemy się jak w jakiejś klitce.


Konstrukcja Tromvika to klasyczny stelaż wewnętrzny z narzucanym tropikiem, ale dzięki zastosowaniu dodatkowej taśmy lub małym kombinacjom bez niej można rozstawić najpierw tropik, a później sypialnie. Jest to cholernie wygodne podczas rozbijania obozu w deszczu. Opcja dla minimalistów można też ustawić sam tropik, dzięki czemu waga namiotu schodzi bardzo. I mamy coś jak samonośny tarp ;) W takim ustawieniu namiot może być nawet czatownią. Siadamy pod daszkiem, otwieramy nieco wejścia, statywy, obiektywy i działamy. Dzięki samonośnej sypialni możemy jej używać jako moskitiery w upalnych warunkach lub jako odseparowania się od warunków zewnętrznych, śpiąc w wiatach czy obskurnych miejscach. W jednym namiocie mamy i samonośną sypialnie i samonośny tropik.


Fjord Nansen Tromvik to niezwykle przestronny namiot, dodatkowo na komfort użytkowania wpływają dwa przedsionki i dwa wejścia. Dodatkowe rzeczy można trzymać w przedsionku, a jak ktoś w nocy musi iść siku to bezproblemowo wyjdzie, nie budząc drugiej osoby. Przedsionek jest na tyle duży, że przy odpowiedniej wprawie można w nim bezpiecznie gotować - ale trzeba uważać, bo moment nieuwagi i 1500 zł pójdzie z dymem.

W sypialni mamy do dyspozycji płaskie kieszenie, które pozwalają najważniejsze rzeczy trzymać w ładzie, np. telefon, zegarek, tablet, czołówka, książka itd. zawsze są na miejscu i to w bezpiecznym miejscu. Dodatkowo na suficie mamy oczka, przez które można przeciągnąć linkę i powiesić np. skarpety do wietrzenia lub pranie czy lampkę biwakową (możecie zobaczyć to w filmie od 11 minuty https://www.youtube.com/watch?v=SQjdB-fA3VE)


Co z wytrzymałością? No jest delikatny, fakt, mocniejszy niż się spodziewaliśmy, materiał prześwituje, nam się tylko lekko naciągnął materiał sypialni, ale żadna dziura nie powstała (nie wpuściliśmy do środka psa - pies + tromvik = dziura na dziurze, przynajmniej nasz pies). Tarcie gałęzi świerkowych podczas wiatru wytrzymał bezproblemowo, tak samo kilka noclegów w burzy i w ulewie, łącznie z rzeką pod spodem, więc wodoodporny jest. To dzięki zastosowaniu najlepszych materiałów, tropik jest sylikonowany, wszelkie szwy starannie podklejone. Naprawdę nie trzeba obawiać się deszczu.
Co ciekawe, namiot jest bardziej mokry po ładnej nocy z rosą o poranku niż po całonocnej ulewie. Jest to kwestia wentylacji, która jak na ultralajta i tak nie jest zła, ale to po prostu mankament takich konstrukcji i kształtów. Coś za coś. Na szczęście wystarczy otworzyć namiot podczas porannego ogarniania albo powiesić tropik na rowerach i w kilkanaście minut mamy suchy dom.


Niestety po kilku nocach pękł jeden segment stelaża, trochę lipa przy takiej cenie. Materiał to duraluminium, mocny, ale jednak pękł, więc srebrna taśma weszła do działania i załatwiła sprawę. Sam stelaż przypomina trochę antenę radiową, ale nie sprawdzaliśmy jak odbiera fale - stawiam, że radio maryja odebrałby na luzie ;)

Podłoga, jak na ultralajtowy namiot, jest mocna, ale jeśli nie chce wam się wyjmować wszelkich patyczków, gałązek, kamyczków itd. przed rozbiciem, warto rozłożyć dodatkową płachtę, np. grubszy koc NRC. Ochroni przed przebiciem, a dodatkowo zwiększa komfort termiczny.


Kolor tropiku i sypialni sprawia, że namiot jest jasny (w gwieździstą noc widać w środku prawie wszystko) oraz nie nagrzewa się aż tak bardzo, stojąc w słońcu. A w razie potrzeby regulacji termiki otwieramy drzwi u góry i już jest lepiej ;)

Ciekawą sprawą jest, że namiot ma jedynie dwa odciągi, podejrzewam, że przy silnym wietrze może być słabo. My na razie mieliśmy burze, ulewy, wiatr i wytrzymywał wszystko bez problemu, ale na huraganie myślę, że może się położyć - jak nadarzy się okazja, to sprawdzimy ;) Z pewnością mało odciągów ułatwia chodzenie po ciemku dookoła namiotu, mniej linek równa się mniej potknięć ;)

Żeby nie było zbyt kolorowo są też mankamenty. Pierwszym z nich jest zwijanie namiotu. Ogólnie rozbicie namiotu zajmuje moment. Z początku trochę dłużej, gdyż trzeba ogarnąć ten stelaż, ale szybko się to opanowuje. Problem jest ze zwinięciem, gdyż tropik po zdjęciu ze stelaża jest dużą płachtą materiału, do tego bardzo lekką płachtą, więc już sami zapewne się domyślacie co się dzieje jak zawieje ;) Trochę bryzy i pompuje się cały jak spadochron, ale po tygodniu zwijania dzień w dzień i napompowany da się opanować. To nie wada, ale momentami śmieszna przypadłość Tromvika. Wadą, pomijając pęknięty stelaż, są śledzie, które otrzymujemy w zestawie. Pozornie fajne, srebrne, lekkie o trójkątnym przekroju dobrze trzymają i łatwo wchodzą w ziemię. Problemem jest ich haczyk, miejsce, gdzie wkładamy taśmy i odciągi, jest bardzo ostre przez co po 2 nocach zauważyliśmy przetarcia na materiale, więc od razu je wymieniliśmy na inne aluminiowe szpilki, z tego co pamiętam kilka z tych oryginalnych zgięło się lub pękło przy pierwszym wbijaniu w ziemie. Poza przecieraniem materiału problematyczne też było wyjmowanie ich, kaleczyły ręce, trzeba było używać multitoola lub noża. Przy tej cenie w zestawie powinny być bardziej dopracowane śledzie.


Podsumowując, Tromvik od Fjorda Nansena to naprawdę fajny namiot, wielki, lekki, idealny na trekkingi, spływy, wyprawy rowerowe itd. Owszem drogi, ale cena wychodzi z racji użytych materiałów. Czy polecamy? Tak, może cena troszku przegięta, zwłaszcza na polskie realia, ale w swojej kategorii robi robotę.